ENTENTA

Strategia Twoich Zysków
 

Najlepsze szkolenie w moim życiu - cz. 2

notatka została dodana dnia 09-09-2008

... czyli ogromna zmiana priorytetów życiowych. Kolejną korzyścią, którą wyniosłem ze szkolenia "Diamentowe Ja" była zmiana moich priorytetów, a właściwie przyśpieszenie i przypieczętowanie trwających we mnie zmian. W tej notce opiszę moje refleksje i ogromną życiową zmianę, której doświadczyłem.

Priorytety są dla mnie zbiorem wartości, idei i kierunków, względem których decyduję o podejmowaniu się różnych zobowiązań i działań. Są jednym z najwyższych punktów odniesienia. Względem nich decyduję na czym się skupić, czym się zajmować, jak żyć i jak pracować.

Co ciekawe, kiedyś nawet nie zdawałem sobie sprawy z istnienia takiego punktu odniesienia!


Moje priorytety pół roku temu zakładały służebność firmy względem klientów. Działalność firmy koncentrowała się na pozyskiwaniu nowych zleceń, a moim głównym zadaniem było nawiązywanie relacji z klientami i sprzedaż potrzebnych im usług.

Patrząc z perspektywy mogę zauważyć, że tak ustawiony priorytet odkładał na margines kwestię rozwoju mojej własnej firmy. Objawiało się to bardzo klarownie w codziennych działaniach i decyzjach: Zawsze klient był ważniejszy niż nasz projekt wewnętrzny. Dla klienta rzucaliśmy wszystko. Takie też wytyczne dawałem naszym pracownikom, którzy przejmowali priorytety ode mnie.

Proces zmiany zapoczątkowała moja wspólniczka, sugerując że powinniśmy skupić się na rozwoju biznesu, na procesach inwestycyjnych. Dała mi subtelnie do zrozumienia, że bardziej cieszy ją ukończenie projektu graficznego naszej nowej strony internetowej, niż ciągłe zdobywanie nowych klientów.

Jednak wspólniczka tylko zapoczątkowała zmianę. Dojrzewałem do niej stopniowo. Powoli zdawałem sobie sprawę, że należy coraz więcej czasu poświęcać na pracę nad własnymi projektami.

Następnie zainwestowaliśmy trochę naszego czasu na przeanalizowanie historycznych danych sprzedażowych firmy. Okazało się, co nie powinno zresztą dziwić, że zdecydowanie najwięcej zarabiamy na klientach:
- stałych i powracających,
- zamawiających kilka usług na raz lub kolejno po sobie,
- co najważniejsze - posiadających pozycję na rynku, a zatem zamożnych.

To potwierdziło, że powinniśmy wręcz z miejsca odrzucać małe zlecenia, które generują wiele kłopotów, są pożeraczami czasu i przynoszą minimalne zyski. Nasze analizy pokazały, że jeden "dobry" klient był warty finansowo tyle, co wszyscy mali klienci razem wzięci. W dodatku często przynosił nam innych klientów, podczas gdy mali klienci przychodzili i odchodzili.

To był drugi krok... Jednak prawdziwą rewolucję w zmianie priorytetów przeszedłem i - być może - zakończyłem na warsztatach "Diamentowe Ja".

Zdałem sobie sprawę, że koniecznie powinniśmy postawić sobie jako główny cel budowanie biznesu - w sensie tworzenia nowych inwestycji własnych, a nie świadczenia usług innym.

Skoro jesteśmy specjalistami od marketingu, reklamy i internetu, a do tego miewamy (jak każda agencja) kłopoty z przekonaniem firm do naszych pomysłów, to po co tracić na to energię? Przecież możemy wdrożyć te pomysły dla siebie, nie tracąc przy tym czasu na pogaduszki, i zarobić znacznie więcej!

Przy okazji (i paradoksalnie), spełnimy w większym stopniu naszą misję. Pomożemy jeszcze większej ilości firmom rozwinąć skrzydła, ponieważ planujemy sprzedawać różnego rodzaju produkty informacyjne, wspierające biznes i rozwój.

W chwili gdy piszę te słowa, mam opracowanych kilkadziesiąt slajdów do prezentacji dla mojego szkolenia o marketingu internetowym. Teraz, zamiast indoktrynować klientów pojedynczo w ramach procesu sprzedażowego, będę mógł "siać wiedzę" masowo, tylko do osób naprawdę otwartych i zainteresowanych. Można powiedzieć, że teraz w lepszy i mądrzejszy sposób wniosę mój wkład w rozwój świata.

Czytając to, czytelnikowi może się wydawać że moje odkrycia są oczywiste. Tak, to bardzo proste wnioski! Ale niestety ludzki umysł bywa zamknięty na prawdę i odrzuca je. Każdy z nas przyzwyczajony jest do utartych szlaków w pewnych obszarach życia. Dopóki nie przejdziemy jakiegoś procesu stymulującego refleksję, nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, że nasze działanie nie jest najlepszym możliwym.

Dodam jeszcze na marginesie, że nasze projekty budujące wartość firmy powinny w rezultacie także przyciągnąć klientów zleceniowych - w dodatku takich o wyższej wartości. My jednak, zarabiając wiele na produkcie szkoleniowym, będziemy mogli spojrzeć na zapytania ofertowe z większego dystansu i dokonać selekcji firm, z którymi naprawdę z przyjemnością będziemy współpracować.

Dystans i selekcja klientów to swego rodzaju wyrównanie ról - klient i agencja na tym samym, partnerskim poziomie. Klient wybiera agencję, a agencja wybiera klienta. W takich układach najlepiej się pracuje i są one najkorzystniejsze dla obu stron.

Najciekawsze w tym wszystkim jest moje wspomnienie sprzed około 3 lat, gdy rozmawiając z kolegą po fachu, Piotrem Majewskim, wymieniliśmy się swoimi planami... a tak naprawdę priorytetami. Proponował mi odstąpienie mi zlecenia, które dostała jego firma. Nie wykazałem entuzjazmu mówiąc, że bardziej zależy mi na budowaniu przychodu pasywnego (co jest po części tożsame z budowaniem biznesu), niż na zleceniach. On z kolei odparł, że jego bardziej "kręcą" zlecenia. To zabawne i zaskakujące, bo w trzy lata później poszliśmy w zupełnie odmiennych kierunkach, tak jakbyśmy wyznaczyli sobie nawzajem swoje priorytety!

Podałem przykład tylko jednego z priorytetów, który zmieniłem. Być może część zmian trudno by mi było zwerbalizować. Niektóre są bardziej klarowne, podczas gdy inne dokonały się na poziomie nieświadomym, poziomie emocji i intuicji. O niektórych zmianach teraz nawet nie myślę, mogą one uaktywniać się w określonym momencie, gdy staną się potrzebne. Na pewno jednak wiele się zmieniło w różnych, także niebiznesowych aspektach mojego życia.

Na użytek własnej pamięci o tym wspaniałym szkoleniu zapisuję jakimi metodami dokonała się zmiana:
- technika dokańczania zdań - w trójkach, parami, a szczególnie w zmieniających się parach;
- "operacja na otwartym sercu";
- "mowa do świata" o moim marzeniu.

Nie opisuję teraz tych metod, ich wartość leży w ćwiczeniu, a nie w poznaniu na czym polegają lub jak wyglądają. Być może jednak wspomnę jeszcze o nich w przyszłych notkach. Tymczasem życzę każdemu takich pozytywnych zmian.

Poniżej wpisz swój komentarz.


Imię*:


Nazwisko*:


E-mail*:

(tylko do wiadomości administratora)


WWW:


* - pola konieczne

W bazie danych znajduje się 6 dodanych komentarzy
Komentarz został dodany przez Jadwiga Borkiet dnia 10-09-2008
Twoja notka sojarzyła mi się z własną refleksją, do której także dochodziłam stopniowo.
Kiedy sama zetknęłam się z Ideą 1000K - symbolizującą sieć wzajemnie współpracujących Klubów Ludzi Sukcesu pracujących wg koncepcji opracowanej przez Tadeusza Niwińskiego i przekonałam się jak to działa w praktyce - chciałam krzewić tę Ideę wśród najbardziej potrzebujących.
Chciałam pomagać tym, którzy sami nie wiedzą jak sobie pomóc.
W rezultacie - skupiałam swoją uwagę na ludziach którzy wysysali moją energię w zamian karmiąc mnie wymówkami, wątpliwościami, wytłumaczeniami dlaczego "nie mogą" robić tego co by chcieli.
Dość długo trwało zanim przekonałam się, że to nie ma sensu. Teoretycznie wiedziałam, że nie można pomóc komuś kto tego sam nie chce, nie potrafiłam jednak odróżnić pustych słów "chcę" z wymówkami że "teraz nie mogę, bo" od autentycznej gotowości do pracy nad zmianą swoich przekonań.

Teraz koncentruję się na ludziach, którzy autentycznie chcą - i potwierdzają to swoją postawą, tym co robią.
Efekt - rosnąca energia która dodaje nam sił w rozwoju organizacji, coraz większa sieć ludzi którzy inspirują i motywują się wzajemnie.

Kiedyś wiele czasu traciłam na przekonywanie "zainteresowanych" że warto założyć i rozwijać klub, instruowałam jak to zrobić, miesiącami pokazywałam jak pracować w klubie by podnieść go na wyższy poziom - po czym kiedy przychodził czas na usamodzielnienie się wychowywanych przeze mnie liderów - patrzyłam jak niewiele zrozumieli z tego co starałam się im przekazać i jak nietrwałe były efekty mojej pracy.

Teraz czekam spokojnie aż ktoś powie że sam chce stworzyć i prowadzić klub - pomagam tylko tyle ile jest niezbędne by zacząć i oferuję wspólną pracę nie jednemu klubowi, ale tym, którzy chcą się dzielić swoimi doświadczeniami z innymi.

Rozbudowujemy ofertę Stowarzyszenia tak by jak najwięcej ludzi mogło się zapoznać z tm co oferujemy, i skupiamy się na pracy z tymi którzy chcą działać razem.
Komentarz został dodany przez Ewa Maslowska dnia 12-09-2008
Bardzo ciekawe, co piszesz. Do takich przewratościowań swojej wizji i funcki biznesu dojrzewa się i dobrze, gdy czlowiek w odpowiednim momencie zdaży się jeszcze zatrzymac i spojrzec z innej perspektywy na soj biznes, na swoja w nim role i na te oklepana misję. jesli jest ona zgodna z nasza misją, to rzeczywscie trzeba nastawić sie na rozwój, bo wtedy i damy więcej i zarobimy wiecej. tez przeszłam przez okres uganiania sie za klientem i dostałam zadyszki, prawdę mówiąc doszlam dościany. Teraz juz przygotowuję sie powaznie do zmiany - na bardziej dlugofalowe działania, szkolenia dostępne on line, a więc do wielokrotnego wykorzystania. Pozwli to z jednej strony na stałe ich udoskonalanie i rozwoj, a z drgiej - zstana udostepnione szerszej publiczności.
Twoje doświadczenia ze szkolenia bardzo zachęcają do udziału. Na pewno sam opis metod i ćwiczeń niewiele da, bo przede wszystkim trzeba je stosować i to umiejętnie.
Bardzo mnie to szkolenie zainteresowało, jak wysłałeś nam informację. niestety priorytety zwyciężyły i musiałam je odłożyć na inny moment w moim życiu. Teraz wybieram się na szkolenie, z którym wiążę wielkie nadzieje.To kurs "Art of living", teraz we wrześniu w cenie promocyjnej.Warto zajrzeć na strony www.artofliving.pl

Komentarz został dodany przez Karol Bartkowski dnia 12-09-2008
Witam,
mam takie same doświadczenia, pamiętam Piotrze jak w zeszłym roku poznaliśmy się i rozmawialiśmy o moim nowym projekcie MasjMasuj.pl, w którym oferuję usługę masażu w domu klienta.

Na początku myślałem, że będzie to super biznes przecież ludzie potrzebują masażu i w didatku mogą go mieć we własnym domu. Jednak jak się okazało z doświadczenia zacharowałbym się na śmierć, chcąc być w każdym domu na każde wezwanie.

Zwiększanie liczby przedstawicieli generowało zbyt duże koszty. Dlatego teraz dojrzałem i postanowiłem zacząć nie sprzedaż a współpracę.

Mianowicie skierowałem swoją ofertę do różnego rodzaju punktów usługowych takich jak fryzjerstwo, kosmetyka, odnowa bilogiczna, a nawet dobre hotele i pensjonaty.

Co prawda na razie jestem na początku drogi, ale o ile łatwiej współpracować z instytucjami niż klientami indywidualnymi (czytaj małymi, jednorazowymi).

Dlatego zmiana priorytetów powinna być priorytetem -:)
Komentarz został dodany przez Albert Cieślikiewicz dnia 18-09-2008
Byc może, tym co tutaj napiszę, wywołam falę pozytywnych i negatywnych "wzruszeń", ale w komentarzach o to chodzi...
Przechodząc do sedna należy zauważyć, że pewne powyższe stwierdzenia, wynikające ze szkolenia "Diamentowe Ja", mogą prowadzić innych czytelników do błędnych decyzji. Zwłaszcza, że przekaz jest subiektywny, kładzie Pan nacisk, na punkty, które są dla Pana istotne, dla Pana planów, etc.
To jest normalne, ba kazdy ma własny sposób widzenia świata i priorytetów.
Otóż zarówno i klient i rozwój własnej firmy są bardzo ważne. Natomiast wybór, który z tych dwóch czynników jest ważniejszy - zależy od etapu rozwoju firmy.
Jest to także pewnego rodzaju kwestia filizofii podejścia do biznesu.
Uważam, że zawsze klient jest ważniejszy niż wszystko inne. Zresztą powyższe komentarze potwierdzają to w pewien sposób. Odrębną kwestią jest ustalenie, jakiego klienta firma chce obsługiwać. Brak tego stwierdzenia powoduje, że pracownicy ( w tym ja) gonią za wszystkimi zleceniami, niezależnie od profilu pożądanego klienta.
Każda z sytuacji: dużo drobnych klientów lub mniejsza ilość większych niesie ze sobą okreslone korzyści, okreslone wymagania i określone niebezpieczeństwa.

Szkoda, że Pan w piewszej części tego bloga zdeprecjonował wartość prac Briana Tracy (ur. 1944) przyrównując je do szkoleń Niwińskiego (ur.1947). Dlaczego ? Bo mimo, że Niwiński pierwsze książki wydał w 93, a Tracy gdzieś w 99, to z punktu sukcesu biznesowego nie ma chyba porównania pomiędzy ich przedsięwzięciami.
To tak jakby ktoś chciał zestawić wielkość Billa Gatesa z właścicielem Prokomu czy innej lokalnej firemki.
Nie przeczę, że szkolenie, o którym Pan pisze, nie wnosi cennych informacji.
Ale do odniesienia sukcesu w biznesie to 1/3.
Akurat Tracy działa z sukcesem zarówno na rynku masowym (sprzedając swoje informacje poprzez ksiązki i "seryjne" szkolenia dla setek osób) jak na rynku usług dopasowanych do konkretnych klientów - korporacji itp.
Zatem sprzedaż wysoce spersonalizowanych produktów małym odbiorcom to strata czasu. Sprzedaż seryjnej produkcji odbiorcom o specyficznych potrzebach to nietrafienie w oczekiwania. Oczywiście upraszczam nieco, bo zapewne na obu rynkach sa wyjątki. Nie zajmuję się szkoleniami, więc nie bedę się wymądrzał, jaki powinien być balans pomiedzy klientami "drobnymi" a "grubymi". Ale przestrzegam patrzących w daleki horyzont, żeby nie przewrócili się o kamnień leżący pod nogami.

Pozdrawiam.

Komentarz został dodany przez Janusz Nitkiewicz dnia 18-12-2008
Nie zgodzę się ze zdaniem przedmówcy. Oczywiście Brian Tracy działa inaczej niż Tadeusz Niwiński, mają inne misje. Niwiński, a raczej efekt jego pierwszych wykładów i książki, urodził Kluby Ludzi Sukcesu im. Małego Tadzia. Spotykają się tam ludzie /początkowo uczestnicy kursów/ by działać na siebie motywująco i stanowić dla siebie przykład, że można i jak. W tamtych czasach, po komunizmie, było to bardzo ważne. Więc Niwiński dostosowuje się do lokalnych potrzeb. Robi jakby usługę na miarę, pasującą do konkretnej grupy klientów, a nie tworzy produkt masowy jak Brian Tracy. To jest bardzo istotna różnica. Niwiński dał światu licencję na tworzenie klubów w formie ogólno dostępnej, chociaż ostatnio wprowadził ograniczenia, które mają łączyć kluby z Akademia Mądrego Życia. Mądrego Życia, a nie tylko akademią osiągania sukcesów biznesowych, więc zakres działań p Niwińskiego jest znacznie szerszy, niż p. Tracy. Wskazuje na wartości, które są poza pozyskiwaniem zysku, w tym na wartości wewnętrzne ludzi spełnionych się na różnych płaszczyznach. Nie żyjemy tylko pracą.

Jednak to, co mnie przekonuje ostatecznie, to coś, co jest przeciwieństwem działania obu panów. Z Klubów Ludzi Sukcesu pan Tadeusz Niwiński nie czerpie zysku, działa tu pro bono i chce stworzyć ich 2000tyś. Daje uczestnikom tych klubów siłę do poczucia wolności. Mówię to jako członek Warszawskiego KLS-u. Przykład. Bardzo chętnie zorganizowaliśmy spotkanie z panem Niwińskim i bardzo chętnie go tu widzimy, a po spotkaniu odbyło się spotkanie klubowiczów w pubie. Tu na przekonywanie p. Niwińskeigo byśmy włączyli się w działanie Akademii, asertywnie nie poczuliśmy się do obowiązku. Sam podziwiam inicjatywę p. Niwińskiego i czuję wdzięczność za stworzenie idei KLS-ów, ale... właśnie nie czuję więzi, potrzeby identyfikowania się z akademią, szkoleniami i tą całą czapą. Z pewnością potrzebną i ważną dla rozwoju inicjatywy Tadeusza. I pan Niwiński musiał się z tym zgodzić, sam nas nauczył, że nie jesteśmy ofiarami i mamy możliwość decyzji, i być może czuł się dumny, być może zawiedziony, ale to były nasze indywidualne decyzje. Znajomi, którzy byli na szkoleniach p. Niwińskiego, też uważają, że są wartościowe. Ja natomiast uważam, że ich nie potrzebuję i mam do tego prawo. I mimo wszystko uważam, że to, co robi T. Niwiński jest bardziej wartościowe i głębsze, niż to, co sprzedaje Brian Tracy, a znam jego kilka książek i słyszałem kilka wykładów.
Komentarz został dodany przez Jadwiga Borkiet dnia 18-02-2009
Chcę się odnieść do komentarza Janusza Nitkiewicza. To o czym piszesz, to uczucie wolności jest fundamentem, na którym można budować swoje życie. Wielu ludzi tak bardzo pragnie tego uczucia wolności, że nie dostrzegają że jest to dopiero pierwszy stopień. Pięknie to obrazuje Steven Covey w swoim modelu - to jest zwycięstwo prywatne - konieczne by można było osiągnąć drugi stopień rozwoju - zwycięstwo publiczne.
Ludzie niezależni współpracują ze sobą dlatego, że chcą i że rozumieją iż wspólnie można osiągnać więcej niż pojedyczno. Do takiej współpracy, opartej na zasadach win-win zapraszamy w Akademii Mądrego Życia, do tego, żeby wchodząc na wyższy poziom umiejętności potrzebny do działania na skalę całego kraju, a nie tylko jednego klubu dzielić się wiedzą, z której sami czerpiecie korzyści.

Nie ma takiego obowiązku, to oferta tylko dla tych, którzy rozumieją lub chcą zrozumieć sens współdziałania.